Od programisty do trenera – moja historia

Moja historia

Czy da się zmienić zawód? Czy warto zostawiać świetnie płatną pracę? Mam nadzieję, że ten wpis będzie zachętą do eksperymentów, a jednocześnie pomoże Ci ustrzec się przed błędami, które ja popełniłem. Zapraszam do przejażdżki po ponad 10 latach mojego życia, jego punktach zwrotnych i lekcjach, które z nich wypłynęły.

 

Rozdział 0 – Jak zostałem programistą

Moja pasja do komputerów i elektroniki uwidoczniła się bardzo wcześnie. Już jako dwulatek zostawiony sam na 3 minuty potrafiłem rozmontować samochodzik, tak by przekonać się, co się stanie, gdy ośka owego pojazdu znajdzie się w jednej z dziurek gniazdka wystającego ze ściany. Mogłem zginąć, a tak – trafiłem w uziemioną dziurkę i od razu było wiadomo, że wyjdę na ludzi! 😉

Na komunię od cioci i wujka dostałem komputer ZX Spectrum + i to od niego zaczęła się pasja do programowania – w wieku 10 lat zacząłem pisać pierwsze programy w języku BASIC, a trzy lata później pisałem już płynnie w asemblerze i uczyłem się kolejnych języków. Pasjonowała mnie również elektronika – w moim pokoju często unosił się smrodek rozgrzanej kalafonii i cyny, a swoje ostatnie pieniądze wydawałem na części elektroniczne. Próbowałem też naprawiać stare radia i magnetofony, składałem wzmacniacze i mnóstwo eksperymentowałem.

W liceum zdarzało mi się pisać programy na zaliczenie dla parę lat starszych, studiujących kolegów, a także odzyskiwać skasowane dane z dysków i dzięki temu było trochę grosza na części elektroniczne! Mogę więc powiedzieć, że komputery i elektronika pasjonowały mnie prawie odkąd pamiętam. Nie było wtedy dostępu do Internetu, a książki były dla naszej rodziny bardzo drogie, więc uczyłem się głównie metodą prób i błędów, a pojedyncze fantastyczne książki, które wtedy do mnie trafiły, otrzymałem w większości w prezencie od cioci.

 

Rozdział 1 – Pierwsze szlify

W 2001 roku zacząłem studia na Automatyce i Robotyce na Politechnice Śląskiej i jeden z pierwszych ważnych punktów zwrotnych to wyjazd na jeden semestr studiów do duńskiego Odense. Poza wspaniałym czasem z ludźmi z wielu kultur, mogłem doświadczyć zupełnie innego modelu studiowania i uczenia się niż w Polsce. Inne przedmioty, inne podejście prowadzących, mniej zajęć, ale dużo większy nacisk na praktykę i pracę własną. Tam trafiłem na przedmiot „Project Management”, który mnie zafascynował i czytając książki w tej tematyce odkryłem w sobie pasję do organizowania i zarządzania. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że to początek dłuższej przygody!

Po powrocie z Danii, w 2005 roku dostałem się na praktyki wakacyjne do Motoroli w Krakowie i po zaledwie pół roku dostałem od nich ofertę pracy. Początkiem 2006 roku, pisząc jeszcze pracę magisterską, przeprowadziłem się do Krakowa i zacząłem pracę na pełny etat. 7 miesięcy później udało mi się obronić pracę magisterską, co przy pracy na pełny etat uznaję za niezłe osiągnięcie!

Moja historia - spełnienie marzeń
Ta praca to naprawdę było spełnienie moich marzeń – mnóstwo sprzętu najnowszej generacji, kabli, oscyloskopy, świetni współpracownicy – tu Gerry szuka ze mną przyczyny jednego z problemów z prototypową kartą.

Rozdział 1,5 – Pierwsze zgrzyty

Przyszedłem do Motoroli jako dość sprawny programista, ale zupełnie bez doświadczenia w dużych projektach. Mogłem więc dać mnóstwo pasji i zaangażowania, a jednocześnie uczyłem się ile tyle mogłem od starszych stażem kolegów.

Pierwszy zgrzyt to wakacje 2007 roku. W 2006 roku zostałem zatrudniony na stanowisko „Junior”, ponieważ w momencie zatrudnienia nie miałem jeszcze obronionej pracy magisterskiej, a awans i podwyżka po obronie miały być jedynie formalnością, na którą przychodził czas w okolicach wakacji. Niestety tak się nie stało i tak oto całe dwa lata przepracowałem na stanowisku Juniora. Mocno się to na mnie odbiło, bo dawałem z siebie wszystko, a brak awansu był sporym rozczarowaniem.

Czas na kolejny rozdział przyszedł, gdy w listopadzie 2007 roku trafiłem na konferencję Global Leadership Summit w Krakowie, gdzie na dwóch wykładach ze wzruszenia się popłakałem. Jednym z nich był wykład Marcusa Buckinghama „Teraz odkryj swoje mocne strony”. Tak oto trafiłem na test Strengthsfinder, o którym pisałem ostatnio. Gdy płaczesz słuchając, jak ktoś o czymś opowiada, to wiedz, że dzieje się coś ważnego.

 

Rozdział 2 – Rozwój i rozkwit

Po dwóch latach pracy w zespole najwyższej klasy specjalistów zauważyłem ciekawą rzecz – wszyscy tworzyliśmy dobry kod, natomiast dotarło do mnie, że mam dodatkowy dar – dobrze się organizuję. Eksperymentowałem z organizacją swojego czasu i całych zespołów i tak, dzięki inspiracji swojego mentora z praktyk, zaangażowałem się w ruch Scrum, który mocno promowałem w firmie, z dobrymi efektami.

W 2008 roku, dzięki wynikom projektów w których uczestniczyłem, mogłem dwa razy pojechać do USA i popracować ramię w ramię z 20-30 lat starszymi pionierami nowoczesnych technologii. Przy okazji była to niesamowita okazja przeżycia przygody, zobaczenia centrum NASA w Houston i paru innych ciekawych miejsc.

 

To był również rok, w którym otrzymałem w Motoroli dwie nagrody, w tym jedną dość znaczącą i miałem możliwość prezentowania projektów przed menedżerami zarządzającymi organizacją paruset, czy ponad 3.000 ludzi. To były niezwykle cenne lekcje – móc posłuchać jakim językiem się posługują, co jest dla nich ważne, jakie pytania zadają.

To była ważna dla mnie nagroda i sygnał, że moje „usprawniacze” wysiłki mają sens

Kontynuując swoją przygodę ze Scrumem, w kwietniu 2009 otrzymałem cenny dla mnie certyfikat Certified Scrum Master, dostałem awans, a także… poszedłem na lekcje śpiewu i tam poznałem swoją przyszłą żonę.

 

 

Rozdział 3 – Poszukiwania, wzloty i upadki

Po trzech latach pracy w dużej, międzynarodowej korporacji, miałem mnóstwo obserwacji na temat tego, jak działają takie firmy i pomimo wielu zalet, czułem coraz większe rozczarowanie. Ciążyły mi opasłe procesy i procedury, wolne tempo zmian, specyficzne podejście do ludzi i projektów. Romantyczna relacja całkowicie zmieniła jednak moje priorytety i w pracy chciałem być bardzo efektywny, a później po prostu szybko uciekać z biura.

W 2009 i 2010 roku mogłem pracować z paroma zespołami nad adaptacją metodyki Scrum i zaangażowałem się mocno w dwa duże projekty, trwające rok i posiadające zespoły po 30-40 osób. To było mnóstwo frajdy! Mając coraz więcej ekspertyzy technicznej, zauważyłem kolejne cechy, które odróżniały mnie od większości kolegów w pracy – kiedy inni lubili być ekspertami w wąskich dziedzinach, ja uwielbiałem budować obraz całości, a następnie przekazywać go w przystępny sposób innym, żeby rozumieli szerszy kontekst. Jeszcze wtedy nie rozumiałem, że moje prowadzenie zespołów, szkolenia i dzielenie się wiedzą będą kiedyś moją codzienną pracą.

 

Rozdział 3,5 – Japonia i rozczarowania

Projekty, w które włożyłem całe serce okazały się sporym sukcesem i w nagrodę mogłem pojechać do biura naszego klienta do Tokio i spędzić tam cztery tygodnie, przez półtorej tygodnia zwiedzając okolice stolicy z moją narzeczoną. To była piękna wyprawa, gdzie ramię w ramię pracowałem z ludźmi z zupełnie innej kultury, a w weekendy był czas na zwiedzanie. Wiem już jak to jest wracać z pracy ostatnim metrem (okolice północy), by pojawić się w biurze na następny dzień na 9:00 lub 9:30 rano…

Wyjazd do Tokio, poza niezwykłymi doświadczeniami obcej kultury, dał mi możliwość dotknięcia wielu aspektów firmy, które mi się nie podobały i w sercu poczułem, że nie chcę być już częścią tej maszyny, w której czułem się coraz bardziej jak niewiele znaczący trybik. Po tym, jak włożyłem mnóstwo serca w projekty i ich wdrożenie u klienta w Japonii, potrzebowałem żeby firma poszła mi na rękę, gdy mój tata zaczął bardzo chorować, ale niestety, odbiłem się od ściany.

Organizując i przygotowując się do ślubu, złożyłem razem z kolegą papiery do Google, a dalej wszystko potoczyło się bardzo szybko – mój tata nagle zmarł, niecałe 4 miesiące przed zaplanowanym ślubem, parę dni później otrzymałem informację o odrzuceniu przez Google, a dosłownie miesiąc później dział Motoroli, w którym pracowałem został wykupiony przez Nokia Siemens Networks. Byłem dobrym, cenionym specjalistą, ale odbiłem się od firmy, w której chciałem pracować – to bardzo bolało takiego młodego „ambitniaka”, jak ja, szczególnie wśród bardzo silnych, skrajnych emocji towarzyszących życiu prywatnemu.

Natychmiast po powrocie z podróży poślubnej poszedłem na parę rozmów kwalifikacyjnych i w październiku 2010 zakończyłem swoją pięcioipółroczną przygodę z tym, co wydawało się marzeniem nastolatka. Sentyment do pierwszej poważnej pracy zostaje na zawsze. Ludziom z którym pracowałem jestem ogromnie wdzięczny za to, ile mogłem się nauczyć i czego mogłem z nimi doświadczyć.

 

Rozdział 4 – Dobry szef i zły szef

Do Lumesse, na stanowisko szefa zespołu jakości, polecił mnie mój znajomy z czasów Motoroli, Mariusz. Trafiłem do dużo mniejszej firmy, o bardzo skromnej ilości formalnych procedur, z fajnymi ludźmi i dostałem zespół, który w sporej części był całkiem nowy. Musiałem się bardzo dużo nauczyć w bardzo krótkim czasie, okiełznać ogrom zmian, który dotykał wtedy firmę i zespół. Znów zauważyłem, że lubię budować obraz całości i dzielić się nim z innymi.

Niestety okazało się, że z szefem, który mnie zatrudniał wcale nie miałem najlepszej relacji. Szybko wyszło na jaw, że mamy zupełnie inną dynamikę pracy – zorientowałem się, że on chciałby, żebym szybko reagował na zmieniające się codziennie priorytety, ja desperacko potrzebowałem porządku i bardziej długofalowego spojrzenia. Coraz częściej iskrzyło między nami – ja czułem, że zamiast konsekwentnie płynąć do celu, steruję łódką nerwowo kręcąc sterem, a mój szef coraz częściej zarzucał mi korporacyjną mentalność. Uczyłem się wtedy do ponownego podejścia do Google, gdzie postanowiłem zaaplikować, tym razem solidnie przerabiając materiał, między innymi całą książkę „Cracking the coding interview”.

Wszystko zeszło na drugi plan, gdy moja żona wylądowała nagle w szpitalu, na intensywnej terapii i przeleżała tam ponad dwa tygodnie. Rozwiązywanie zadań i kombinowanie chyba uratowało mnie wtedy psychicznie – miałem bardzo konkretne zadania do przerobienia, kiedy po wizycie w szpitalu wracałem do pustego domu. Niedługo później w firmie nastąpiły zmiany, mój szef postanowił odejść, a na jego miejsce przyszedł człowiek, od którego z dzisiejszej perspektywy chyba najwięcej się nauczyłem. Mój drugi start do Google, pomimo przygotowań, poszedł nawet gorzej niż pierwszy i drugie odrzucenie było dla mnie dość upokarzające.

Szczęśliwie mój nowy szef nadawał na moich falach. Dawał mnóstwo wyzwań, pytał, dawał wskazówki, wypychał mnie na granicę tego, co potrafię, jednocześnie dając subtelne wsparcie. Uczył mnie myśleć inaczej i reagować inaczej, czułem że się szybko rozwijam i że mam wsparcie. Eoin to był fantastyczny szef.

Włożyłem wtedy mnóstwo serca w rozwój „swoich chłopaków” (a zespół ciągle rósł), w organizowanie zespołów, w zmiany w firmie, w nowe procesy, w organizowanie wewnętrznych szkoleń. W grudniu 2012 miałem okazję pojechać z Eoinem i jednym z podwładnych, popracować z bliźniaczym zespołem z Bombaju. Powtórzył się niestety scenariusz Motoroli – widząc szerszy obraz całej firmy oraz to, co dzieje się w moim sercu, wiedziałem że muszę zmienić pracę. Chyba się nie myliłem, bo Eoin zrobił to parę miesięcy po mnie.

 

Rozdział 5 – Szkolenia i biznesowe próby

W przypływie desperacji, po powrocie z Bombaju, poszedłem na konferencję IT porozmawiać z rekruterami firm IT. Miałem za sobą doświadczenie programisty, Scrum Mastera, szefa zespołu, organizowałem szkolenia i sesje dzielenia się wiedzą. Wiedziałem, że chcę zająć się rozwojem ludzi, szkoleniami, które będą mocno osadzone w technicznych realiach, nie widziałem tylko jak zacząć. Dzięki paru rozmowom zyskałem bardzo ciekawą perspektywę, a jedna z rekruterek firmy Sabre miała akurat otwartą pozycję na wewnętrznego trenera, idealną dla mnie.

W połowie lutego 2013, po dwutygodniowej przerwie w pracy, zacząłem pracę w Sabre. W poniedziałek przyszedłem do biura i dowiedziałem się, że moja szefowa została właśnie zwolniona, a w piątek w tym samym tygodniu, już siedziałem w samolocie do Dallas/Fort Forth.

To był wariacki czas – długo funkcjonowałem prawie bez żadnego nadzoru, miałem mnóstwo czasu, by zarządzać sam sobą i uczyć się, jak mogę dostarczyć wartość ludziom w firmie, prowadząc wewnętrzne szkolenia. Stworzenie pierwszego sensownego kursu zajęło mi ponad 4 miesiące, ale było warto – przeszło go ponad 700 osób, a później nagrałem do w postaci kursu wideo. Drugie i trzecie szkolenie, które zrobiłem, cieszyło się podobną popularnością.

Moja historia - nagrywanie pierwszego kursu wideo
Tak w warunkach domowych uczyłem się nagrywać i montować swój pierwszy kurs wideo. Jest Greenscreen, są lampy, mikrofon, niby amatorsko, ale efekt był dla mnie i firmy całkiem zadowalający!

Cały czas zastanawiałem się, jak mógłbym przynosić ludziom więcej wartości i jednocześnie pracować na styku swojej pasji i talentu. Strengthsfinder podpowiadał mi to, co intuicja – że chcę pomagać ludziom się rozwijać, szczególnie jeśli chodzi o „zarządzanie czasem” i branie odpowiedzialności. Coraz więcej dotykałem tematów organizacji siebie i swojego czasu, pisałem dla portali Lifehack i Productive Magazine, prowadząc jednocześnie dwa blogi, a w połowie 2013 roku, na Amazonie ukazała się moja książką „Effective Multitasking”.

Po roku pracy miałem ciekawe obserwacje – po pierwsze absolutnie uwielbiałem szkolenia i czułem zapał, jak przy lutowaniu i programowaniu, gdy miałem paręnaście lat, a po drugie coraz mocniej wciągał mnie temat produktywności i widziałem, jak moje wskazówki pomagają ludziom. Do tego wszystkiego przez parę miesięcy praktycznie nie miałem szefa i mogłem przekonać się jak działam z ograniczonym nadzorem i stawiając sobie samemu cele.

 

Więcej o zakładaniu firmy i jej rozwoju

Jeśli chcesz poczytać więcej o tym, jak założyłem firmę, jak się rozwijała, czego uczyłem się po drodze oraz co z tego wynikało w praktyce – zapraszam do kolejnych artykułów:

Może zainteresuje Cię również kurs online, który stworzyłem 🙂
Przez 30 dni pracujemy po 10 minut dziennie, by ukształtować dobre nawyki związane z mądrym planowaniem i zarządzaniem swoim dniem, tygodniem, a także projektami w pracy i życiu prywatnym.

 

Rozdział 5,5 – Pierwsze kroki ku samodzielności

W połowie 2014 roku zacząłem eksperymenty ze szkoleniami z produktywności – najpierw z moim kolegą Marcinem, który był trenerem z wieloletnim stażem, poprowadziliśmy wspólne warsztaty  i serię szkoleń i zaczęliśmy rozmowy o wspólnym biznesie szkoleniowym. To wtedy urodziła się nazwa Produktywni.pl – mieliśmy założyć tę firmę razem. W tym czasie zacząłem dawać samodzielnie pojedyncze szkolenia z produktywności osobistej, już pod swoim nazwiskiem i garściami czerpałem z doświadczeń szkoleniowych Marcina. Bardzo dużo mu zawdzięczam.

Przez parę lat należałem do wspólnoty, w której pastor zachęcał mnie do występowania publicznie – czasem dzieliłem się z ludźmi swoimi przemyśleniami, a czasem po prostu witałem ludzi na początku nabożeństw, starając się ich zainspirować. Te doświadczenia bardzo się przydały, gdy zacząłem występować na coraz większej liczbie konferencji jako mówca – okazało się, że jestem dobrze przygotowany – mogę mówić publicznie ze sporym spokojem i poziomem skupienia.

W Sabre moja praca była doceniana, moje artykuły o produktywności na różnych portalach były chwalone, zbierałem setki godzin doświadczenia jako trener, ale z Marcinem praca szła nam bardzo powoli – wciągnęły go mocno sprawy prywatne i po paru miesiącach uzgodniliśmy, że stworzę Produktywnych sam. Zacząłem coraz więcej myśleć długofalowo i byłem przekonany, że chcę iść w tę stronę.

Jako symbol mojego wychodzenia ze strefy komfortu, zrobiłem coś o czym marzyłem praktycznie od dzieciństwa – w wakacje 2014 roku miałem szansę latać samodzielnie paręset metrów nad ziemią, zdobywając licencję na paralotnie. To pokazało mi emocjonalną moc, jaka drzemie w marzeniach.

Moja historia - paralotnia
Jestem jakieś 400 metrów nad ziemią. Piękny widok – można się rozmarzyć! 🙂

Początek 2015 roku przyniósł sporo nowości w Sabre, a ja przeżywając kolejne rozczarowania, zacząłem poważne przygotowania do startu swojej nowej firmy szkoleniowej. Po dobrych doświadczeniach z nagrywaniem i montowaniem kursu wideo w domu, stworzyłem i wypuściłem swoje szkolenie wideo „Email i kalendarz pod kontrolą”, zacząłem łapać zlecenia. We wrześniu i październiku, po dłuższych wakacjach, czułem że ta decyzja we mnie dojrzewa – po rozmowie z żoną zdecydowałem się odejść z etatu bez żadnych konkretnych alternatywnych źródeł przychodu.

 

Rozdział 6 – Produktywni start

W tamtym czasie w mojej głowie wszystko było bardzo proste – jeśli nie będę miał żadnej innej możliwości, jak tylko rozkręcić firmę, to pewnie mi się uda. Najgorsze było to, że wcześniej próbowałem zapewnić sobie „miękkie lądowanie” i płynnie przejść z etatu w swoją działalność, ale wiedziałem, że to może nigdy się nie wydarzyć.

Myśląc logicznie – miałem sporo doświadczenia i referencji, więc zawsze mógłbym wrócić na etat. Pomyślałem, że jeśli nic nie zarobię przez pierwsze 6 miesięcy  to po prostu wrócę do pracy dla innej firmy – można by powiedzieć, że wydam wtedy 30-40 tysięcy złotych na sześciomiesięczne szkolenie z zakresu prowadzenia własnej firmy.

Złożyłem wypowiedzenie, rozpuściłem informację po znajomych i moich wszystkich kontaktach… a po 3 dniach przyszło zamówienie na pierwszy pakiet 3 szkoleń. Resztę historii opisywałem już pisząc z perspektywy 6 miesięcy po rozpoczęciu oraz podsumowując 2016 rok.

Nie sposób dotknąć wszystkiego, co wydarzyło się po drodze przez te ostatnie ponad 10 lat i co mocno na mnie wpłynęło. Czego się nauczyłem i co było najważniejsze w mojej przygodzie?

  • Frustracja pchała mnie do przodu!
    Gdy podsumowywałem te ostatnie 10, czy 11 lat (lub nawet więcej!), zauważyłem że największe przełomy poprzedzone były stagnacją i frustracją! Awans na który czekałem, a który dostał ktoś inny. Wysokie oceny roczne, nie przekładające się ani na pieniądze, ani na realne możliwości. Polityka obecna w miejscu pracy. Niewykorzystane możliwości. Odrzucenie mnie w procesie rekrutacji. Wszystko to nie dawało mi spokoju – ruszałem więc ku nowym wyzwaniom. Może odrobina frustracji wcale nie jest taka zła, jeśli jest bodźcem do działania?
  • Buduję obraz całości
    Pracując przyglądałem się innym ludziom i starałem zobaczyć, w czym jestem naturalnie lepszy, w których obszarach moja intuicja działa lepiej. Szybko stało się dla mnie jasne, że lubię budować obraz całości i przekazywać go innym. Starałem się coraz więcej tego typu pracy wykonywać i weryfikować, czy moje wysiłki przynoszą spodziewane wyniki. Ponieważ rezultaty były zachęcające szedłem w to coraz dalej – aż zabrnąłem tu, gdzie jestem. Patrząc wstecz widzę jednak jak bez ustanku zadawałem sobie pytanie „w czym mogę być lepszy niż większość ludzi” oraz „jak mogę ludziom przynosić większą wartość?”.
  • Punkty zwrotne
    W ciągu tych paru ładnych lat było parę momentów, szczególnych dni, spotkań, czy konferencji, które całkowicie zmieniły mój sposób patrzenia na rzeczywistość lub działania. Przykładem takiej zmiany był test Strengthsfinder i wykład Marcusa Buckinghama, początek współpracy z Eoinem, podsumowywanie według 4 kół, które opisywałem w artykule o unikaniu wypalenia, czy moje podsumowania roku. Bardzo ważne jest, żeby takie momenty zauważyć. Te pojedyncze chwile mogą całkowicie zmienić bieg historii, grunt to być na nie gotowym i ich nie przegapić.
  • Ważne jest otoczenie – ludzie
    Pracowaliśmy z Eoinem razem niecały rok, ale to chyba wtedy najwięcej się nauczyłem o pracy w zespole. Są ludzie, od których można nauczyć się dużo więcej niż od innych. Zrozumiałem jak ważne jest to, kim otaczam się w miejscu pracy, czy z kim współpracuję. Przy jednych ludziach będę bardzo szybko się rozwijał, inni mnie zgaszą – muszę wziąć za to odpowiedzialność i podejmować świadome decyzje. W pewnym momencie musiałem odciąć się od toksycznych relacji, czy zmienić miejsce pracy, gdy czułem, że tracę siebie.
  • Prywatne życie bardzo się przeplata z pracą
    To niby takie oczywiste, że „prywatne życie” i relacje mają wpływ na pracę, ale szczególnie jaskrawo widzę to w przypadku swojego małżeństwa. Moja żona w wielu sytuacjach była dla mnie dopełnieniem i wentylem bezpieczeństwa. Mam tendencję do pracowania długo i intensywnie, dzięki niej dzisiaj jestem bardziej wyciszony, więcej odpoczywam, dbamy o czas wśród przyrody i bardzo się z tego cieszę. Z drugiej strony kryzysy i gorsze chwile między nami bardzo obijały się na tym, jak myślę o sobie, przyszłości i ile jestem w stanie zrobić.
  • Na różnych szczeblach organizacji różne rzeczy są ważne
    Pracując z menedżerami, którzy zarządzali bardzo dużymi zespołami zobaczyłem, że oni inaczej myślą i inaczej podejmują decyzje niż szefowie małych zespołów. Oni myśleli bardzo strategicznie i długofalowo, a szefowie małych zespołów operacyjnie. Dla mnie takie myślenie było stosunkowo obce i dlatego czerpałem od nich garściami. Już w pierwszych latach pracy zauważyłem, że poziom mojego szefa, szefa departamentu, czy całego biznesu to zupełnie różne perspektywy. Opisałem je w artykule o skutecznym planowaniu. Jestem ogromnie wdzięczny za możliwość przysłuchiwania się dyskusjom menedżerów wysokiego szczebla w czasach, gdy byłem jeszcze szeregowym programistą.
  • Uwielbiam pisać, podsumowywać i snuć refleksje
    Mnóstwo piszę – średnio w ciągu roku zapisuję dobrze ponad 200 stron A4. Są to rysunki i schematy oraz zapisy tego, co aktualnie przeżywam. Od wielu lat regularnie wracam do tych notatek i wyłapuję różne prawidłowości, których nie widzę, gdy po prostu żyję z dnia na dzień. Często wynikiem tych podsumowań były bardzo konkretne decyzje i przełomy!
  • Podróże, różnorodność, relacje
    Jedną z rzeczy, którą najbardziej ciepło wspominam, gdy myślę o pracy na etacie, to podróże biznesowe. Lubię podróżować! Nie chcę być poza domem za często, ale dłuższa podróż raz na parę miesięcy całkowicie odświeżała moje spojrzenie na świat. W ciągu ostatnich lat byłem służbowo 6 razy w USA, dwukrotnie w Indiach, przez miesiąc w Japonii. Za każdym razem miałem nie tylko możliwość przyjrzenia się turystycznej stronie danego miejsca, ale też pracy ramię w ramię z ludźmi z tamtej kultury i wyrobienia relacji z nimi. Do tego jazda po USA służbowymi, dużymi samochodami, czy spanie w Tokio w czterogwiazdkowym hotelu na 27 piętrze – to prawdopodobnie nie wydarzyłoby się, gdybym podróżował tam prywatnie!
  • Koło zamachowe
    Przez długi czas w życiu brakowało mi spójnej strategii. Straszliwie się miotałem – prowadziłem w ciągu paru lat w sumie 4 różne blogi, angażowałem się w dziesiątki inicjatyw, trochę tu, trochę tam. Cały czas wierzyłem, że przełom w wielu dziedzinach przyjdzie z jakimś jednym, konkretnym wydarzeniem, którego niecierpliwie wyczekiwałem, ale ono nie nadchodziło. Po wielu latach nauczyłem się, że moje życie i firma są jak koło zamachowe – jeśli będę konsekwentnie małymi ruchami popychał je w tę samą stronę, rozpędzi się. Jeśli będę się miotał i ciągnął je w różne kierunki, ciągle będę musiał pokonywać początkowy opór i nigdy nie nabiorę rozpędu.
  • Marzenia dają siłę
    Jest świat o którym marzę, są rzeczy o których marzę, by je zrobić. To one w wielu momentach dały mi siłę do walki, do pokonywania trudności, czy przełamania swojego strachu. Dzięki marzeniu o muzyce poznałem swoją żonę. Dzięki marzeniu o rozwoju mogłem dać coś z siebie różnym firmom, ale nie utknąć w nich na zbyt długo. Dzięki marzeniu o lataniu zrobiłem licencję na paralotnie i przeżyłem coś niezwykłego.

Tak oto wygląda moja historia, w której marzenia przeplatają się z frustracjami, a nowe możliwości z rozczarowaniami. Poza wszystkimi wymienionymi już czynnikami, ogromne znaczenie miało dla mnie oparcie, jakie miałem w wierze i wspólnocie, w której jestem. Przez całe moje życie spotkałem wielu fantastycznych ludzi, którzy w całej swej niedoskonałości, zmienili moje życie i coś mi uświadomili. Dziękuję!

Zdaję sobie sprawę, że jedynie dotknąłem wielu wątków, a każdy nadawałby się na oddzielny artykuł, ale dziś, z perspektywy czasu, mogę całą tę drogę podsumować jako pełne zwycięstw, potknięć i frustracji poszukiwanie szczęścia i tego, co mogę robić, by przynosić ludziom wartość, pracując w zgodzie z własną pasją, talentem i sumieniem.

Jest coś, co Cię dotknęło w tej historii albo masz jakieś przemyślenia? – śmiało komentuj!

 

(Visited 50 times, 1 visits today)

Komentarze (4)

  1. Cześć Piotrze!

    Śledzę Twoje losy od czasów strony eloy.z.pl. Fajnie widzieć, jak ktoś na przestrzeni lat się coraz bardziej rozwija i odnajduje swoje miejsce na tym świecie. Piękna historia, gratuluję sukcesu! Przez tych kilkanaście lat osiągnąłeś naprawdę wiele.

    • Adam! Czyżby badworm? 🙂 To już paręnaście lat!
      Dzięki wielkie za towarzyszenie mi w tej drodze – jak zapewne mogłeś obserwować eksperymentów nie brakowało…

  2. To ja, we własnej osobie 🙂 Trochę się martwiłem, gdy po ostatnim eksperymencie z „Kosmita nadaje” zniknąłeś na dłużej ale już wiem, co w tym czasie robiłeś.

    • 🙂
      Kosmita to był mój ostatni eksperyment, który pokazał mi, jak bardzo się rozdrabniam i jak bardzo potrzebuję czegoś na długie lata, zgodnego z moim sercem i sumieniem. Mam nadzieję, że do zobaczenia i usłyszenia jeszcze nie raz! 🙂

Dodaj komentarz

Masz jeszcze jakieś pytania?

Po prostu napisz do mnie. Odpowiadam na wszystkie maile.

Produktywni.pl Piotr Nabielec
ul. Smolki 12B/6B
30-513 Kraków